Smutek Krwawych Powieści
poniedziałek, 22 lipca 2013
sobota, 1 czerwca 2013
Część 1 Powieści 2 - opowiada Seremia
Byłam głęboko zawiedziona. Zresztą, tutaj nigdy nie byłam szczęśliwa. Przez moją rodzinę. Kiedyś jeszcze było lepiej, ale teraz? Z lasu uciekło wszystko, co żyje. Brakło pożywienia. Zaczęli sprowadzać ludzi do naszej twierdzy. Najpierw ich torturowali, później rozrywali i pożerali żywcem. Ja nie tknęłam tego mięsa. Chciałam odejść. Lecz, gdy jak zwykle przyprowadzali ludzi złapanych w pułapki, coś mnie zaskoczyło. Młody mężczyzna, prowadzony na śmierć. Jakby pogodził się ze swoim losem, szedł ze spuszczoną głową. Każdy inny wyrywał się i krzyczał. Za taką odwagę należała się najwyższa nagroda; życie. Postanowiłam go uwolnić. W tajemnicy przed wszystkimi, no, oprócz mojego brata. I chyba uwolnie go jeszcze z jednego powodu... W starej księdze znalazłam wiersz, wiersz miłosny. I coś mówiło mi, choć nie nie znałam tego uczucia, że tak będzie... Wiele razy przeczytałam ten wiersz...
Pod Twymi skrzydłami znalazłam schronienie
I tonę w Twych oczu bezdennym błękicie.
Gdy tulisz mnie swoim bezpiecznym ramieniem,
Wsłuchuję się w zgodne serc naszych bicie.
Wtargnąłeś w me życie zupełnie przypadkiem,
Zleciałeś wprost z nieba na ziemię - tak dumnie...
Spojrzałam na Ciebie z uśmiechem, ukradkiem,
A Ty zrozumiałeś, że jesteś tu dla mnie.
Trwasz przy mnie niezmiennie i wciąż jesteś blisko,
Zmieniłeś w mym życiu na lepsze tak wiele.
Zawdzięczam Ci miłość, zawdzięczam Ci... Wszystko.
I za to dziękuję... Mój Cudny Aniele.
Jak więc mogłabym go zostawić? Nie mogłam. A i żeby go wyciągnąć był jeden sposób... Inaczej mnie złapią i wychłostają tak jak ostatnio... Wciąż mam blizny. Zaczęłam wcielać mój plan w życie.
- Matko?
- Tak, Seremio?
- Wiesz, myślę, że chyba jednak rzucę tą dietę. Już naprawdę zgłodniałam.
- Wrócił ci rozsądek, córko. - pochwaliła mnie matka. Plan szedł dobrze.
- Co jest w menu? - zapytałam.
- Dziczyzna, Comber króliczy i wołowina. - wiedziałam, że te określenia zależne są od płci i wieku ofiary.
- Myślę, że wezmę ,,wołowinę", zarówno ze względów na pożywienie, jak i bardziej... hmm... intymnych... - znacząco spojrzałam na matkę. Podeszła do mnie Nicole i poklepała po ramieniu.
- Wreszcie, siostro, zaczniesz obracać się towarzysko. Pomogę ci wybrać dobrego. - uśmiechnęłam się. Byłam najmłodsza, wszyscy mi usługiwali. Nicole pociągnęła mnie pod czujnym spojrzeniem matki do lochów. Było tam bardzo głośno, pełno jęków. Wszyscy byli podzieleni.
- Wybieraj tego, który ci się spodoba. - rozejrzałam się. Wpadł mi do głowy jeszcze jeden pomysł.
- To ty wybierz. Mamy podobny gust, na pewno znajdziesz jakiegoś dobrego. - Nicole przeczesała wzrokiem klatkę. Nagle wzięła klucz i weszł do środka. Wszyscy cofnęli się pod ściany.
Pod Twymi skrzydłami znalazłam schronienie
I tonę w Twych oczu bezdennym błękicie.
Gdy tulisz mnie swoim bezpiecznym ramieniem,
Wsłuchuję się w zgodne serc naszych bicie.
Wtargnąłeś w me życie zupełnie przypadkiem,
Zleciałeś wprost z nieba na ziemię - tak dumnie...
Spojrzałam na Ciebie z uśmiechem, ukradkiem,
A Ty zrozumiałeś, że jesteś tu dla mnie.
Trwasz przy mnie niezmiennie i wciąż jesteś blisko,
Zmieniłeś w mym życiu na lepsze tak wiele.
Zawdzięczam Ci miłość, zawdzięczam Ci... Wszystko.
I za to dziękuję... Mój Cudny Aniele.
Jak więc mogłabym go zostawić? Nie mogłam. A i żeby go wyciągnąć był jeden sposób... Inaczej mnie złapią i wychłostają tak jak ostatnio... Wciąż mam blizny. Zaczęłam wcielać mój plan w życie.
- Matko?
- Tak, Seremio?
- Wiesz, myślę, że chyba jednak rzucę tą dietę. Już naprawdę zgłodniałam.
- Wrócił ci rozsądek, córko. - pochwaliła mnie matka. Plan szedł dobrze.
- Co jest w menu? - zapytałam.
- Dziczyzna, Comber króliczy i wołowina. - wiedziałam, że te określenia zależne są od płci i wieku ofiary.
- Myślę, że wezmę ,,wołowinę", zarówno ze względów na pożywienie, jak i bardziej... hmm... intymnych... - znacząco spojrzałam na matkę. Podeszła do mnie Nicole i poklepała po ramieniu.
- Wreszcie, siostro, zaczniesz obracać się towarzysko. Pomogę ci wybrać dobrego. - uśmiechnęłam się. Byłam najmłodsza, wszyscy mi usługiwali. Nicole pociągnęła mnie pod czujnym spojrzeniem matki do lochów. Było tam bardzo głośno, pełno jęków. Wszyscy byli podzieleni.
- Wybieraj tego, który ci się spodoba. - rozejrzałam się. Wpadł mi do głowy jeszcze jeden pomysł.
- To ty wybierz. Mamy podobny gust, na pewno znajdziesz jakiegoś dobrego. - Nicole przeczesała wzrokiem klatkę. Nagle wzięła klucz i weszł do środka. Wszyscy cofnęli się pod ściany.
Od Victorii
Chciało mi się płakać. Już dwa tygodnie byłam tu zamknięta, i w tym czasie moi przyjaciele, z którymi odwiedziłam te stare ruiny w lesie, zostali zabrani i nie wrócili. I jeszcze jedno mnie dobijało. Gdy mnie tu ciągnęli, jeden z nich popatrzył mi w oczy. Było w nim coś dziwnego, całkiem nie podobnego do innych. Nie mogłam od tego czasu spać, więc zaczęłam obmyślać ucieczkę. Strzegły nas dzień i noc okropne stwory. musiałam jakoś je odciągnąć. Wreszcie do głowy wpadł mi genialny pomysł. Postanowiłam wcielić go w życie.
- Ej, ty. - zawołałam. - Choć tu na chwilę. - podszedł do mnie ten stwór. Przeraziłam się, ale mówiłam dalej. - Widziałam tam kogoś. - gdy istota odwróciła się do mnie plecami, szybko wzięłam klucz. Przekręciłam w zamku, i zanim to coś zdążyło się zorientować, wybiegłam. Pędziłam jak szalona. Nagle spotkało mnie zaskoczenie. Uderzyłam o kogoś, a dokładniej o mężczyznę, który wcześniej spojrzał mi w oczy. Szybko go wyminęłam, przeskocyłam nadwalony murek i zaczęłam spadać. Upadek był bardzo bolesny, bo z dużej wysokości. Potoczyłam się po zboczu. Zatrzymałam się na kamieniu, rozbijając się o niego. W nodze czułam dotkliwy ból, a gdy próbowałam wstać, nie mogłam. Zrozumiałam, że ją złamałam. Na czworakach odczołgiwałam się jak najdalej od tego miejsca. Usłyszałam za sobą kroki, i nagle coś wciągnęło mnie w krzaki.
- Ciii. - szepnął ktoś i zakrył mi usta dłonią. Trzymał też mocno ręką w pasie i uniemożliwiał ucieczkę. Czułam na karku gorący oddech. Przed moimi oczami przeszło kilka par ciężkich butów. Pogoń. Gdy ich kroki ucichły w dali, mój wybawiciel przemówił:
- Teraz cię puszczę. Nie wolno ci uciekać ani krzyczeć. Rozumiesz? - z trudem skinęłam głową. Poznałam po głosie, że to mężczyzna. Powoli mnie puścił i przesunął się przede mnie. Z trwogą zauważyłam, że to ten, na którego wpadłam. Zaczęłam cofać się za strachu, aż oparłam się plecami o drzewo. Popatrzył na mnie ze smutkiem.
- Nie musisz się bać. Nic ci nie zrobię. Chcę ci pomóc. - powiedział. Podszedł do mnie powoli. - Musimy stąd iść. Wrócą tu. Nie czekając na moją odpowiedź wziął mnie na ręce. Musiałam okrążyć ramieniem jego szyję, by nie spaść. Niósł mnie gdzieś daleko, aż wreszcie dotarł do niezwykłego domku, na wpół ukrytego w gąszczach i chaszczach. Wszedł do środka i położył mnie na łóżku.
- Trzeba nastawić kości. - stwierdził. Delikatnie złapał moją nogę i nagle mocno pociągnął. Krzyknęłam z bólu i zemdlałam.
Obudziłam się z okropnym bólem głowy. Miałam zabandarzowaną nogę i byłam przykryta ciepłym kocem. Powolutku usiadłam. Natychmiast przybiegł on.
- Nie powinnaś się podnosić. Masz lekki wstrząs mózgu. - popchnął mnie z powrotem na posłanie.
- Czemu to robisz? Czemu mi pomagasz? - zapytałam.
- Bo moja rodzina chciała zrobić ci krzywdę. Nie popieram ich postępowań. Jak się nazywasz?
- Victoria. A ty?
- Zack. Już sie mnie nie boisz?
- Trochę mniej. - bałam się okropnie. Jednak, patrząc w jego piękne oczy, strach powoli znikał. Pytał mnie jeszcze o kilka rzeczy. O coś nie chciałam pytać, ale ciekawość zwyciężyła.
- Czemu to robicie?
- Nie chcesz tego wiedzieć.
- Właśnie, że chcę! Muszę wiedzieć, czego się po tobie spodziewać.
- Ach... Skoro musisz wiedzieć... My... My jesteśmy... Wampirami. - wydałam z siebie okrzyk przerażenia. Był wampirem! Oni zabijali ludzi. Wysysali z nich krew. Jednak, nie wiem czemu, nie odczuwałam strachu. Nie przed nim.
- Dlatego nas zwiabialiście. - wyszeptałam.
- Mówiłem, że nie chcesz wiedzieć. Ale teraz albo zostaniesz ze mną, albo muszę cię zabić. Zbyt wiele wiesz. - powiedział.
- Gdybym miała zostać... Co bym robiła?
- Musiałabyś się ukrywać. Ja również nie mogę tam wrócić. Nie mogę i nie chcę.
- Czemu nie chcesz?
- Oni zabijają ludzi. Sycą się ich cierpieniem. Ja nie jestem taki. Jeszcze nigdy nie ugryzłem człowieka. I tego nigdy nie zrobię. - spojrzał na mnie ze zdecydowaniem w oczach.
- Jak długo już tu jesteście? - spytałam cicho.
- Tuż przed moimi narodzinami. 1500 lat temu. - zerknęłam na niego zaskoczona. Zauważył to i się uśmiechnął. - Dla ludzi to dużo lat, ale dla nas to tak jak 18 dla was. - znowu się uśmiechnął i wyszedł. Zostałam sama. Westchnęłam z ulgą. Na jego widok moje ciało przebiegały jakby małe błyskawice, zapierał dech w piersiach. Czułam, że wpadłam. Zakochałam się w nim bezsprzeciwnie. I nie mogłam odejść. Zostawało tylko skrzętnie to ukrywać. Rozmyślałam długo. Zmorzył mnie sen. Ułożyłam się wygodnie i usnęłam. Śniłam po części straszne sny, koszmary, lecz sprawiły mi one przyjemność. Oczami mojej wyobraźni widziałam Zack'a. Podchodził do mnie, spoglądał w oczy. Leżałam na ziemi. Położył się koło mnie i dotknął zimną ręką mojego policzka... Obudziłam się, oczy zostawiłam zamknięte, bo naprawdę ktoś dotykał mojego policzka. Powoli otworzyłam jedno oko. Nad swoją głową zobaczyłam wielki psi łeb. Usiadłam. Psina polizała mnie po ręce. W głebi chaty zobaczyłam Zack'a, śmiejącego się.
- Jak się nazywa?
- Jeszcze nie wiem. Znalazłem ją przed chwilą.
- Ciekawe, co to za rasa?
- Już widziałem takie psy. Turecki pies pasterski, uznany za największego na świecie. To jeszcze szczeniak.
- I tak jest olbrzymia.
- Będzie jeszcze większa. Ja muszę na kilka dni zniknąć. Od czasu do czasu będzie tu przychodzić moja starsza siostra. Jej nie musisz się bać, jest pacyfistą tak jak ja. - znowu wyszedł. Nie miałam pojęcia, co robić przez ten czas. Sunia wdrapała się na łóżko i nadstawiła uszy do pieszczot. Moje myśli były bardzo daleko; razem z nim.
- Ej, ty. - zawołałam. - Choć tu na chwilę. - podszedł do mnie ten stwór. Przeraziłam się, ale mówiłam dalej. - Widziałam tam kogoś. - gdy istota odwróciła się do mnie plecami, szybko wzięłam klucz. Przekręciłam w zamku, i zanim to coś zdążyło się zorientować, wybiegłam. Pędziłam jak szalona. Nagle spotkało mnie zaskoczenie. Uderzyłam o kogoś, a dokładniej o mężczyznę, który wcześniej spojrzał mi w oczy. Szybko go wyminęłam, przeskocyłam nadwalony murek i zaczęłam spadać. Upadek był bardzo bolesny, bo z dużej wysokości. Potoczyłam się po zboczu. Zatrzymałam się na kamieniu, rozbijając się o niego. W nodze czułam dotkliwy ból, a gdy próbowałam wstać, nie mogłam. Zrozumiałam, że ją złamałam. Na czworakach odczołgiwałam się jak najdalej od tego miejsca. Usłyszałam za sobą kroki, i nagle coś wciągnęło mnie w krzaki.
- Ciii. - szepnął ktoś i zakrył mi usta dłonią. Trzymał też mocno ręką w pasie i uniemożliwiał ucieczkę. Czułam na karku gorący oddech. Przed moimi oczami przeszło kilka par ciężkich butów. Pogoń. Gdy ich kroki ucichły w dali, mój wybawiciel przemówił:
- Teraz cię puszczę. Nie wolno ci uciekać ani krzyczeć. Rozumiesz? - z trudem skinęłam głową. Poznałam po głosie, że to mężczyzna. Powoli mnie puścił i przesunął się przede mnie. Z trwogą zauważyłam, że to ten, na którego wpadłam. Zaczęłam cofać się za strachu, aż oparłam się plecami o drzewo. Popatrzył na mnie ze smutkiem.
- Nie musisz się bać. Nic ci nie zrobię. Chcę ci pomóc. - powiedział. Podszedł do mnie powoli. - Musimy stąd iść. Wrócą tu. Nie czekając na moją odpowiedź wziął mnie na ręce. Musiałam okrążyć ramieniem jego szyję, by nie spaść. Niósł mnie gdzieś daleko, aż wreszcie dotarł do niezwykłego domku, na wpół ukrytego w gąszczach i chaszczach. Wszedł do środka i położył mnie na łóżku.
- Trzeba nastawić kości. - stwierdził. Delikatnie złapał moją nogę i nagle mocno pociągnął. Krzyknęłam z bólu i zemdlałam.
Obudziłam się z okropnym bólem głowy. Miałam zabandarzowaną nogę i byłam przykryta ciepłym kocem. Powolutku usiadłam. Natychmiast przybiegł on.
- Nie powinnaś się podnosić. Masz lekki wstrząs mózgu. - popchnął mnie z powrotem na posłanie.
- Czemu to robisz? Czemu mi pomagasz? - zapytałam.
- Bo moja rodzina chciała zrobić ci krzywdę. Nie popieram ich postępowań. Jak się nazywasz?
- Victoria. A ty?
- Zack. Już sie mnie nie boisz?
- Trochę mniej. - bałam się okropnie. Jednak, patrząc w jego piękne oczy, strach powoli znikał. Pytał mnie jeszcze o kilka rzeczy. O coś nie chciałam pytać, ale ciekawość zwyciężyła.
- Czemu to robicie?
- Nie chcesz tego wiedzieć.
- Właśnie, że chcę! Muszę wiedzieć, czego się po tobie spodziewać.
- Ach... Skoro musisz wiedzieć... My... My jesteśmy... Wampirami. - wydałam z siebie okrzyk przerażenia. Był wampirem! Oni zabijali ludzi. Wysysali z nich krew. Jednak, nie wiem czemu, nie odczuwałam strachu. Nie przed nim.
- Dlatego nas zwiabialiście. - wyszeptałam.
- Mówiłem, że nie chcesz wiedzieć. Ale teraz albo zostaniesz ze mną, albo muszę cię zabić. Zbyt wiele wiesz. - powiedział.
- Gdybym miała zostać... Co bym robiła?
- Musiałabyś się ukrywać. Ja również nie mogę tam wrócić. Nie mogę i nie chcę.
- Czemu nie chcesz?
- Oni zabijają ludzi. Sycą się ich cierpieniem. Ja nie jestem taki. Jeszcze nigdy nie ugryzłem człowieka. I tego nigdy nie zrobię. - spojrzał na mnie ze zdecydowaniem w oczach.
- Jak długo już tu jesteście? - spytałam cicho.
- Tuż przed moimi narodzinami. 1500 lat temu. - zerknęłam na niego zaskoczona. Zauważył to i się uśmiechnął. - Dla ludzi to dużo lat, ale dla nas to tak jak 18 dla was. - znowu się uśmiechnął i wyszedł. Zostałam sama. Westchnęłam z ulgą. Na jego widok moje ciało przebiegały jakby małe błyskawice, zapierał dech w piersiach. Czułam, że wpadłam. Zakochałam się w nim bezsprzeciwnie. I nie mogłam odejść. Zostawało tylko skrzętnie to ukrywać. Rozmyślałam długo. Zmorzył mnie sen. Ułożyłam się wygodnie i usnęłam. Śniłam po części straszne sny, koszmary, lecz sprawiły mi one przyjemność. Oczami mojej wyobraźni widziałam Zack'a. Podchodził do mnie, spoglądał w oczy. Leżałam na ziemi. Położył się koło mnie i dotknął zimną ręką mojego policzka... Obudziłam się, oczy zostawiłam zamknięte, bo naprawdę ktoś dotykał mojego policzka. Powoli otworzyłam jedno oko. Nad swoją głową zobaczyłam wielki psi łeb. Usiadłam. Psina polizała mnie po ręce. W głebi chaty zobaczyłam Zack'a, śmiejącego się.
- Jak się nazywa?
- Jeszcze nie wiem. Znalazłem ją przed chwilą.
- Ciekawe, co to za rasa?
- Już widziałem takie psy. Turecki pies pasterski, uznany za największego na świecie. To jeszcze szczeniak.
- I tak jest olbrzymia.
- Będzie jeszcze większa. Ja muszę na kilka dni zniknąć. Od czasu do czasu będzie tu przychodzić moja starsza siostra. Jej nie musisz się bać, jest pacyfistą tak jak ja. - znowu wyszedł. Nie miałam pojęcia, co robić przez ten czas. Sunia wdrapała się na łóżko i nadstawiła uszy do pieszczot. Moje myśli były bardzo daleko; razem z nim.
czwartek, 30 maja 2013
Od Zack'a
Obudziłem się w swojej komnacie. Jak zwykle stare ruiny, nic więcej. Znów się karmili, doskonale słyszał jęki nowo przybyłych turystów. Jedna myśl nie dawała mi spać, żywić się, oddychać... Te oczy... Tyle w nich było życia... Była tak piękna. Oczywiście Dankan ją przyprowadził. Pewnie zamierzał się nią pobawić. Przyprowadzili ją ze dwa tygodnie temu, więc pewnie został jej jeszcze tydzień życia. I ta sekunda kiedy ich spojrzenia się spotkały... Nie. Nie mogę. To zbyt ryzykowne. Mam tak ogromną ochotę tam zejść. Lochy są strzeżone przez Hybrydy, pół wampiry pół ludzie. Może uda mu się przekonać matkę. Po śniadaniu wszedłem do salonu, gdzie matka zwykła siedzieć i patrzeć jak mordują niewolników. Wymyślała dla nich najznakomitsze tortury byle tylko sprawić komuś cierpienie.
- Czego chcesz, Zack?
- Matko widzisz, tak jest jedna...
- Niewolnica?
- Tak. Chciałbym... Chciałbym mieć ją. Jako sługusa.
- Sługusa? Czy może chcesz uratować jej życie, a potem zmienić, co? Mój szlachetny Zack'u... Synku kochany, zapomnij.
- Mamo... proszę.
- Nie! -huknęła, a ja wiedziałem, że to koniec rozmowy.
Wyszedłem z salony, nie miałem ochoty patrzeć na te masakry...
Skoro ona nie chce mi pomóc, to kto? Jest jeszcze Rachel, ale ona nigdy nie pozwoli mi na to, by uratować tę dziewczynę. W takim razie zrobię to sam. Miałem tydzień aby obmyślić plan. Nie mogłem tracić czasu.
- Czego chcesz, Zack?
- Matko widzisz, tak jest jedna...
- Niewolnica?
- Tak. Chciałbym... Chciałbym mieć ją. Jako sługusa.
- Sługusa? Czy może chcesz uratować jej życie, a potem zmienić, co? Mój szlachetny Zack'u... Synku kochany, zapomnij.
- Mamo... proszę.
- Nie! -huknęła, a ja wiedziałem, że to koniec rozmowy.
Wyszedłem z salony, nie miałem ochoty patrzeć na te masakry...
Skoro ona nie chce mi pomóc, to kto? Jest jeszcze Rachel, ale ona nigdy nie pozwoli mi na to, by uratować tę dziewczynę. W takim razie zrobię to sam. Miałem tydzień aby obmyślić plan. Nie mogłem tracić czasu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
